Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

0

Zmy

0

Cha

0

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

Plecak z rzeczami osobistymi (ubrania na zmianę i różną pogodę, kilka przekąsek, bidon z filtrem zeszyt Jimmiego)
Rower górski i mały zestaw do napraw (klucze przydatne do roweru, zestaw łatek na dętki, pompka rowerowa)
Mała apteczka
Śpiwór i hamak materiałowy
Nóż wojskowy i mały garnuszek
Pełnia zdrowia
161
Przejście ze szpitala głównego

Przerzucałam właśnie plecak przez ramię, gdy blondynka się do mnie zbliżyła. Kiwnęłam głową w odpowiedzi na jej pytanie, dając znak do dalszej drogi.
- Prowadź. - Odpowiedziałam krótko, po chwili żegnając się z doktorkiem, nim opuściłyśmy szpitalne mury.

Zmarszczyłam na chwilę brwi, słysząc pytanie dziewczyny. Czy powinnam być z nimi szczera, że wcale nie zależy mi tutaj na długim pobycie? A może lepiej na razie utrzymywać dobrą minę do złej gry, może wyczekać jakiejś wyprawy na Denver? Sama nie wiedziałam co robić, ostatnie dni dały mi już mocno w kość, a od mojego miejsca docelowego dalej dzieliły mnie grube kilometry.
- Na wszystkim i na niczym zarazem. - Odpowiedziałam jakby od niechcenia, wzruszając swoimi ramionami. - Znaczy... Należałam do zstępu, coś tam na lesie się znam. Złapię królika czy nie zatruję się jagodą, wiesz jak jest. - Dodałam po chwili, co by nie wyjść na kompletnego buca. - Wybacz, zmęczenie chyba jeszcze nie do końca mi odpuściło, a cały ranek tyle się dzieje... - Westchnęłam, chcąc wytłumaczyć swoje nieprzyjemne i może nawet z lekka olewcze zachowanie. Nie chciałam skończyć z Moną na złej stopie. To był chyba też dobry moment, bym sama mogła się czegoś dowiedzieć.
- Chciałam się dostać do Denver. Wiesz może czy organizuje ktoś tutaj takie wyprawy? - Zapytałam, skupiając swój wzrok na dziewczynie. Teraz mnie też olśniło, że przecież... Podczas tych oprowadzań, dobrze byłoby się spotkać z kimś, kto przewodzi tym kurwidołkiem (oczywiście za przeproszeniem!).

@Mistrz Gry Maggie

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

1

Zmy

1

Cha

1

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

wszystko i nic
Boli głowa
162
Mona poprowadziła grzecznie dziewczynę, wychodząc z budynku szpitalnego na zewnątrz. Obóz, jak zwykle, wydawał się zajęty i pochłonięty swoimi prywatnymi sprawami. Znaczy, każdy, kogo mijali, zajmował się różnymi sprawami, jednak wszystkie miały wspólny mianownik — obóz.

Sage mogła szybko zauważyć, że jak niektóre dywizje były dość małe i składały się tylko z wcześniej przedstawionych jej osób, tak, chociażby rolnictwo miało różnych pracowników, którzy zajmowali się szklarniami i doglądali rosnących warzyw. Ktoś inny coś gdzieś niósł, a jeszcze inna osoba, prawdopodobnie z zaopatrzenia, zbierała wodę z filtrów zamontowanych na dachach różnych budynków. Obóz żył i funkcjonował, ludzie rozmawiali, śmiali się i doglądali różnych spraw. Dla Mony wydawało się to całkiem normalnie, więc całą uwagę poświęcała swojej nowej koleżance.
E, nic dziwnego. Nie martw się. Wiesz, chyba wszyscy, którzy tutaj ostatnio przychodzili byli nieco zmieszani w pierwszym momencie. Trochę tak, jakby to rodzice znów cię pytali, co chcesz robić w życiu, a ty nie znasz odpowiedzi…
Powiedziała blondynka, cicho śmiejąc się pod nosem. Zastanawiała się, czy jej towarzyszka też tak miała w przeszłości. Co prawda w kwestii Mony, jako iż była stąd, jej horyzonty nie sięgały specjalnie daleko — od zawsze jej to powtarzano. Zostanie w tym miasteczku, wyjdzie za mąż i tutaj też umrze. Teraz, w obecnej sytuacji, wydawało się to jednak o wiele bardziej prawdziwe niż dawniej. Prawda bolała, w jakimś sensie. Jednak chociaż miała tutaj dobre towarzystwo, przynajmniej dziś. Spojrzała na Sage.
Serio? Ja też poluje. Ojciec mnie nauczył, od dziecka zabierał mnie do lasu...
Wyjaśniła, badawczym tonem. Nie chciała powiedzieć zbyt wiele, a z drugiej strony chciała wylać przed nieznajomą całe wiadro wspomnień, bolączek, traum i sytuacji, które miały miejsce podczas jej wychowania.
Lepiej im nie mów, bo wyślą cię do lasu i tylko do lasu. Ze mną.
Nienawidziła polować. Jednak jeśli to ma być coś, co ona i jej nowa towarzyszka mogą mieć wspólnego, była w stanie obrać dobrą minę do złej gry. Po prostu potrzebowała kogoś, chciała z kimś się zaprzyjaźnić. A może i więcej. Czuła się lekko skrępowana, pogrążając się tak często w myślach o tej relacji. Była po prostu samotna w swojej roli w Zwiadowcach.
Nie, nie, oczywiście! Dzisiejszy dzień będzie banalny, obiecuje. Nic wielkiego. Przejdziemy się po obozie, będziesz mogła trochę odpocząć. Dostaniesz barak, jakieś rzeczy higieny osobistej. Mamy tutaj mydło jeszcze, wiesz?
Nie chciała przemęczać dziewczyny, jednak z drugiej strony wiedziała też, że jaki ten dzień dziś nie będzie, Sage i tak będzie padała na twarz pod koniec. Pierwsze dni mają to do siebie, niestety.
Do Denver? A po co?
Spytała. Była lekko zainteresowana, jednak też szybko zdała sobie sprawę, że pewnie będzie musiała zaserwować Monie nieprzyjemne wiadomości, skoro nikt inny jeszcze tego nie zrobił. Blondynka zatrzymała się i podeszła bliżej koleżanki, jakby chciała zdradzić jej sekret. Nie wiedziała przecież, jak Sage na to zareaguje, wolała być ostrożna.
Nie ma już Denver. To martwa strefa. Byliśmy tam. Znaczy, nie my. A przynajmniej nie ja. Ludzie z obozu, tutaj, z tego, w którym teraz mieszkamy. To oni tam żyli. Nic z niego już nie zostało, dlatego pół roku temu przeprowadzili się tutaj, do nas. Do Breckenridge.
Mówiła spokojnym i zrozumiałym głosem.

@Sage Crawfrod
Obrazek

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

0

Zmy

0

Cha

0

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

Plecak z rzeczami osobistymi (ubrania na zmianę i różną pogodę, kilka przekąsek, bidon z filtrem zeszyt Jimmiego)
Rower górski i mały zestaw do napraw (klucze przydatne do roweru, zestaw łatek na dętki, pompka rowerowa)
Mała apteczka
Śpiwór i hamak materiałowy
Nóż wojskowy i mały garnuszek
Pełnia zdrowia
163
Przerzucałam wzrokiem między mijanymi miejscami i osobami, raczej nie skupiając swojego spojrzenia zbyt długo na nieznajomych. Jedyne, co przechodziło mi przez myśli to fakt, że tutaj... Żyli względnie normalnie? Organizacja widać była silnym punktem tego miejsca. Mimo szerzącej się zarazy, tragedii która spotkała ludzkość, dało się tu usłyszeć radosne śmiechy i zwykłe rozmowy, a samo miasteczko zdawało się tętnić życiem. Była to... Miła odmiana.
- Nie wiem jak tutaj wyglądały Wasze początki, ale zdążyłam już przejść przez dwa inne obozy. Oba różniły się drametralnie, od tego co udało się Wam tu osiągnąć. Chyba odwykłam od takiej... Zwyczajności. - Skomentowałam krótko, chyba niechcący dając znać że nigdzie na za długo się nie zatrzymuję.
- To mamy ze sobą coś wspólnego. Mój staruszek też usilnie próbował mnie nauczyć survivalu. Przynajmniej za dziecka. - Uśmiechnęłam się smutno, wspominając wyprawy z ojcem te w ciemne i zimne miejsca, gdzie czesto potrafił mnie zostawić ledwie z krzemieniem i kurtką przeciwdeszczową. Patrząc z perspektywy czasu, jak bardzo nie wydawało mi się to wtedy okrutne - w ostatnich miesiącach okazało się niezbędne do przetrwania. - We dwójkę chociaż raźniej, no nie? - Zaśmiałam się po chwili, już bez tego ponurego podtonu.
Dało mi to też wyraźny sygnał, że Mona nie była tak delikatna, jak mogła na to wskazywać jej uroda. Polowanie, ubicie czy oskórowanie jakiegokolwiek zwierza nie należało do zadań najłatwiejszych i wymagało siły nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. W końcu trzeba było odpuścić sobie empatię wobec tego stworzenia, na rzecz własnego przetrwania (czy podboostowania ego w przypadku niektórych).
Na kolejny komentarz dziewczyny jednak mimowolnie podniosłam jedną ze swoich rąk, po chwili teatralnie "sztachając" się własnym zapachem.
- To jakaś sugestia, ze ode mnie capi? - Pozwoliłam sobie na lekki żart, bo prawda była taka, że przecież dobrze wiedziałam o nieprzyjemnym odorku, jaki można było ode mnie wyczuć. W końcu od wielu dni byłam w podróży a moim jedynym źródłem higieny były pobliskie rzeki, w któych mogłam ledwie przemyć ręce czy twarz, byle się nie narażać na ataki z zaskoczenia.
I już chciałam powiedzieć, że szukam własnego ojca, gdy jednak blondynka mnie zaskoczyła tymi... Nowinami.
Stanęłam jak wryta. Moje źrenice się poszerzyły a same ślepia zaszkliły. Byłam... Za późno?
- Nie... Ma..? - Wydukałam z niedowierzaniem. Cała moja dotychczasowa droga wydała się taka bezsensowna. Nieprzespane noce, zmęczenie, głód, pragnienie, utrata Jimmiego... To wszystko... Na nic?
- Jak to... Nie ma? - Powtórzyłam, jakby to miało zmienić bieg historii, jakby Mona mogła się pomylić i miała powiedzieć o innym mieście. W chwilę jednak nabrałam poważniejszego wyrazu twarzy, a nową koleżankę złapałam za ramiona, chcąc nie chcąc zatrzymując nas na środku ulicy.
- Czy wraz z nimi był Crawford? Sierżant Crawford?! - Zapytałam, zdecydowanie za głośno i pewnie zbyt agresywnie, jak na miejsce w którym się znajdowałyśmy. Byłam jednak zdesperowana. Przecież... Straciłam... Wszystko...

@Mistrz Gry Maggie

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

1

Zmy

1

Cha

1

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

wszystko i nic
Boli głowa
164
Mona zaśmiała się pod nosem. Czuła się jak mała weteranka w tym miejscu, widziała te ulice w tylu różnych stanach, że nie do końca wierzyła, że wszystko, co tutaj miało miejsce, rzeczywiście się wydarzyło. Założyła kosmyk złotych loków za ucho i wzruszyła ramionami. Nie chciała martwić swojej nowej towarzyszki — to były jej pierwsze dni w obozie. Jednak sporo z tego malowniczego obrazka różniło się od rzeczywistego stanu, a Mona potrzebowała kilku chwil, żeby ubrać to w jakieś sensowne słowa.
To wszystko… Czasem wydaje mi się, że ludzie odetchnęli i zapominają o tym, co jest na zewnątrz. A innego dnia jest to nam brutalnie przypominane. Jednak po kilku dniach, ludzie nadal wracają do tego samego stanu rzeczy. W jakimś sensie to straszne… Nie wiem.
Czasem wydawało jej się, że wie więcej, pewnie dlatego, że nadal wychodzi poza bramy i jest częścią zwiadowców. Jeszcze dawniej Sand praktycznie zmuszał ją, by uczyła polowania innych Zwiadowców i przekazywała im istotną wiedzę. Świętej pamięci Kapral jak i inni bardzo często naciskali na innych obozowiczów. Szczególnie Jacob Tate, jednak Mona starała się sobie wmawiać, że nikt nie zostałby obarczony obowiązkami, z którymi nie może sobie poradzić. Jednak to był fakt — niektórzy brali więcej na swoje barki niż inni, bo tak musieli. Daj wszystko co możesz i zabierz to, czego potrzebujesz.
Chciałabyś do nas dołączyć, do Zwiadowców? Wiesz, wtedy zdecydowanie będzie mi nieco raźniej. Wstawanie o trzeciej i te sprawy — zawsze raźniej w grupie. Obecnie… Mamy nowego… Jak to się zwie? Porucznika? Dowódcę Zwiadowców. Jeszcze z nim nie rozmawiałam. Sand. Kapral Sand, nasz wcześniejszy… Zmarł kilka dni temu.
Wyjawiła koleżance, lekko marszcząc czoło. Sama mogła zauważyć, że nie wszystko jest tutaj taką sielanką. Kolejny komentarz Sage lekko rozbawił dziewczynę, a ta od razu dodała:
Nie, nie! Nie to miałam na myśli!
Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce, a Campbell po chwili kontynuowała swoje przeprosiny. Mówią, że tylko winny się tłumaczy, jednak Sage po prostu nie miała warunków, by rzeczywiście utrzymać czystość swojego ciał na poziomie innych w Breckenridge. Ci mieli tutaj prysznice i praktycznie ciepłą wodę.
Ale miło tak, prawda? Kiedy włosy pachną jakimś ładnym mydłem. Mnie zawsze to poprawia humor.
Wyjaśniła. Lekki temat jednak dość szybko przeszedł w dyskusje o Denver. Cóż, Mona spodziewała się, że będzie to szokiem dla jej nowej towarzyszki — sporo innych osób reagowało w podobny sposób.

Denver, niegdyś było jednym z większych, o ile nie największym miastem w stanie. Jeśli ktoś tam nie mieszkał, to zdecydowanie przynajmniej miał rodzinę lub znajomych. Wiele osób trafiało do Breckenridge, poszukując kogoś właśnie z Denver. A ci musieli za każdym razem przekazywać im te same, okropne informacje. Mona starała się zachować spokój, jednak jej głos lekko drżał.
Denver… Obóz w Denver upadł, pół roku temu. Trupy wdarły się do środka, ludzie… Spora część mieszkańców zginęła. Denver jednak dowiedziało się o Breckenridge i zdecydowali, że najlepiej będzie połączyć siły. Przenieśli się więc tutaj. Do nas. Tworząc to wszystko.
Blondynka lekko się jąkała, a chwilami pauzowała, by zebrać myśli i jakoś ułożyć je w słowa. Było to trudne, jednak Mona widziała to tyle razy… Ludzi płaczących, skręcających się na środku Main Street, upadających na kolana. Realizacja, że cała twoja rodzina może być już martwa, a ty jesteś sam we wszechświecie… Campbell przeszła to samo, gdy pożegnała ojca, a później młodszego brata. Wiedziała, jak to jest, jednak nawet wcześniej, przed wybuchem tego syfu, była sama. Z zamyślenia wyrwały ją dłonie Sage, które nagle zacisnęły się na jej ramionach.
Nie. Znaczy się, nie wiem. Nie wiem, nie znałam wszystkich wojskowych. Jednak wiem, że są tutaj osoby, które mogą pamiętać niektórych. Wermillio, Chapman, Tate’owie. Jeśli Crawford… Tam był, to pewnie będą o tym wiedzieli.
Wyjaśniła spokojnym głosem. Czuła się okropnie, jednak wiedziała, że Sage będzie potrzebowała teraz kogoś. A Mona była w stanie ją wspierać. Naprawdę chciała.


@Sage Crawfrod
Obrazek

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

0

Zmy

0

Cha

0

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

Plecak z rzeczami osobistymi (ubrania na zmianę i różną pogodę, kilka przekąsek, bidon z filtrem zeszyt Jimmiego)
Rower górski i mały zestaw do napraw (klucze przydatne do roweru, zestaw łatek na dętki, pompka rowerowa)
Mała apteczka
Śpiwór i hamak materiałowy
Nóż wojskowy i mały garnuszek
Pełnia zdrowia
165
Słowa Mony chyba nie wywarły na mnie większego wrażenia. Przez te kilka miesięcy swoje już na oczy widziałam, swojego doświadczyłam. Byłam pewna, że przy apokalipsie nic nie może być normalne i kolorowe, ale jednocześnie... Z tąd biło tą zwyczajnością, jakiej po prostu mi brakowało. Najbliższe temu stanowi rzeczy były chwile, gdy jeszcze przemieszczaliśmy puste drogi kamperem, w poszukiwaniu mojego ojca.
- Ludzie ponoć mają niezwykłe zdolności adaptacyjne. I na pierwszy rzut oka... Breckenridge świetnie się zaadaptowało do obecnej sytuacji. - Skomentowałam krótko, zerkając na chwilę w niebo. - Byłam w innych obozach. Tych... Bardziej radykalnych, gdzie patrzą na każdy Twój krok, a jeśli jesteś nieprzydatny dla społeczności po prostu wywalają Cię za mur... - Fort Lewis nie było miłym epizodem w moim życiu. Samo wspomnienie o tym miejscu wywoływało we mnie dreszcze. Widok osób, rodzin, którym nie udało się przejść za olbrzymią bramę wciąż odbijał się w moich koszmarach, wyobrażałam sobie jak większość z nich kończyła jako pożywka dla żywych truposzy, albo co gorsza - sama się nimi stawała.
Westchnęłam ciężko, lekko kręcąc swoją głową, jakby to miało pomóc w odtrąceniu od siebie tych myśli. - Widziałam też ugrupowania, które w ogóle nie potrafiły się zorganizować, idąc tylko za głuchym instynktem. Breckenridge serio dobrze sobie radzi. - Skwitowałam, nie chcąc wchodzić w szczegóły. Nastały czasy, gdzie każdy musiał dbać o swój tyłek. Problem jednak się pojawiał, gdy samo "ja" było ponad wszystkim innym i ja... Dobrze to rozumiałam.
Otworzyłam jednak szerzej oczy, słysząc propozycję blondynki.
- Tak z marszu nowych przyjmujecie w takie szeregi? - Odpowiedziałam z lekkim zwątpieniem wyczuwalnym w głosie. - Nie obawiasz się, że zakoszę broń, upolowaną zdobycz i spieprzę w siną dal? - Spytałam po chwili lekko zaczepnym tonem, spoglądając uważniej na Monę. Nie mogę powiedzieć, że taka myśl nie przebiegła po mojej głowie, ale... Czy to byłoby opłacalne rozwiązanie długometrażowo? Nie byłam na tyle głupia, by nie analizować swoich akcji i idących za nimi konsekwencji. A przynajmniej... Tak mi się wydawało. - Wydaje mi się że sam Sand powinien zająć się w takim razie tą rekrutacją, hm? Podejrzewam że nie wypuści świeżaka poza ogrodzenie bez sprawdzenia go. - Zaśmiałam się lekko, chociaż samo wyjście w ten las wydawało się teraz mało zachęcająco opcją, po tylu przespanych nocach na gałęzi drzew.
Rozbawiło mnie też zakłopotanie blondynki, przed czym już nie potrafiłam ukryć szczerego śmiechu.
- Dobra, dobra. Wiem że capię. Obiecuję że się wykąpię jak tylko dostanę swój przydział mydła. - Zaakcentowałam wręcz żołnierskim tonem, w nieco przerysowany sposób układając swoją dłoń na piersi, niczym do przysięgi. - A jak o włosach mowa, potrzebowałabym pewnie kogoś, kto by pomógł z moimi kołtunami. Niby sama potrafię je pleść, ale jednak... Przydałaby się pomoc. Macie tu jakiegoś speca? - Zapytałam po chwili, już znacznie luźniej, licząc na jakieś cuda.

Sielanka jednak szybko mijała, gdy w grę wchodziły niewygodne fakty. A te informacje, które teraz dziewczyna mi przekazywała, zdawały się rujnować cały mój świat już od fundamentów.
Nie wypuszczałam jej ramion spod mojego uścisku, próbując zebrać myśli w kupę. Nie mogłam się załamywać, nie teraz. Nie mogłam dać wygrać tym cie4mnym chmurom, które zdecydowanie próbowały przejąć mój umysł. To by oznaczało poddanie się.
Mogłam być wszystkim, ale na pewno nie zamierzałam się tu poddawać. Nie teraz.
Hamowałam łzy zbierające się pod moimi powiekami. Ciężko mi było zebrać słowa. Ale jeszcze jedno zdanie wydobyło się z mojego gardła.
- Czy... Mogłabyś mnie do kogoś z nich zaprowadzić? - Zapewne dało się wyczuć mój łamiący się ton. Zaczęło mnie ogarniać poczucie winy, za opuszczenie babci, za narażenie Jimmiego, za to... Wszystko.
- Proszę... - Ostatnie słowo wydukałam niemal niesłyszalnie, ale... To nie mogło umknąć Campbellowej, która teraz była przecież niebezpiecznie blisko mnie.

@Mistrz Gry Maggie

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

1

Zmy

1

Cha

1

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

wszystko i nic
Boli głowa
166
Mogło być o wiele gorzej. Mogliśmy skończyć jak wiele innych miasteczek nieopodal. Ludzie tutaj… Wydaje mi się, że jesteśmy ulepieni z innej gliny.
Stwierdziła, zastanawiając się przez moment. To była prawda, ludzie tutaj mieli wobec siebie swojego rodzaju dług — wszyscy żyli razem i wspierali się jeszcze dawniej, przed całym tym syfem. Byli małą społecznością tego miejsca, które każdego roku przyjmowało całe tabuny turystów.

Swojego rodzaju zrozumienie wobec tego wszystkiego było czymś, co dla wszystkich było po prostu oczywiste. Znali się, rozumieli. Społeczność wspierała się na każdym kroku, a w obliczu takiej tragedii, więzi między nimi jeszcze bardziej się zacisnęły. I dobrze.

Jeśli Mona miałaby być dumna z jakiejkolwiek części swojego życia tu, w Breckenridge, to właśnie była nią ta wspólnota. I to, że w obliczu apokalipsy, jakoś się utrzymali. Nie wszyscy jednak dożyli, by być częścią tej sielanki. Ci ludzie jednak byli w ich pamięci, i by tę pamięć uczcić, Mona i inni chcieli żyć tutaj jak najdłużej i budować na tych fundamentach.
Wiesz. Słyszałam plotki, że Denver tak działało. Odwracali się od swoich, gdy ci przestawali być jakkolwiek użyteczni. Przerażające.
Powiedziała. Ona sama jakiś czas temu miała infekcje nogi po sytuacji w leśnej chatce. Gdyby była w innej społeczności, to być może już by się jej pozbyli.
Ponad pół roku temu, w pierwszym miesiącu — oberwałam kawałkami drewna, które odpadły od naboju wystrzelonego w ścianę. Przez długi czas leżałam w łóżku, ale ewentualnie spotkaliśmy lekarza, który mnie zoperował. Gdyby wtedy ktoś wyrzucił mnie za mur, to teraz nie wiem, kto by polował.
Opowiedziała historię, chcąc ewidentnie poprzeć swój wcześniejszy argument.
Mam nadzieje, że tak będzie nadal. Tyle osób poświęciło się dla tego miejsca, byśmy mieli to ogrodzenie i wszystko inne…
Dodała. W kwestii nowych Mona zmarszczyła czoło. Przez moment się zastanowiła, jednak finalnie dodała:
To nie moja działka, Sage. Wiem tyle, że potrzebujemy ludzi, by funkcjonować. Tate’owie zawsze mówili o tym, że ich zadaniem jest zabezpieczenie ludności cywilnej do czasu rozwiązania problemu.
Wyjawiła Mona, brzmiąc takim tonem, jakby czytała to z kartki. Jakby te słowa, były jej wpajane tak wiele razy, że dokładnie pamięta każde z nich. Czy się obawiają, że niektórzy ludzie będą przeciwko nim? Oczywiście. Jednak nie było to aż takie banalne. Poza tym co Mona miała do gadania w tej kwestii?
Dużo naszych ma pewne opory przed akceptowaniem nowych po tym, co się ostatnio stało. Nie wiem, Sage. Ludzie świrują i nie wszyscy, którzy tutaj trafiają są, no wiesz… Normalni. Nie wiem, kto powinien tu być, a kto nie. Wiesz, jestem jednak katoliczką. Wierzę, że powinniśmy pomagać wszystkim, bo każdy człowiek na to zasługuje.
Powiedziała, delikatnym głosem. Wierzyła w dobro i chciała szerzyć dobro, jednak ewidentnie było tutaj sporo niedopowiedzeń i rzeczy, których nie dało się przeliczyć w ten sposób. Życie było bardziej w odcieniach szarości, a niektóre rzeczy, których nawet Mona się podjęła w ostatnich miesiącach, niekoniecznie zgadzały się z jej wiarą i przekonaniami. Czasem coś po prostu musi być zrobione.
Sand nie żyje, Sage. Teraz mamy innego wojskowego na jego miejscu. Aleks Wermillio
Wyjaśniła jej Mona. Fajnie by było, gdyby mieli jakąś grupę, która rzeczywiście zajmie się rekrutacją nowych. Jednak niespecjalnie wiedziała, jak się za to zabrać. Sama nie lubiła często witać nowych, wolała zostawić tę rolę komuś innemu.
Jak chcesz, to później cię do niego zabiorę.
Dodała. Być może szybka kąpiel będzie o wiele lepszym wyborem na pierwszy dzień. Szczególnie jeśli dziewczyna chce wywrzeć dobre pierwsze wrażenie.
Nie… Ale ja mogę ci pomóc, jeśli chcesz?
Zasugerowała, lekko speszona. Chyba jedyną osobą, która miała do czynienia z włosami tego pokroju, była Rosa, jednak kto wie, gdzie ona teraz się znajduje?

Sage jednak niespecjalnie była w humorze, szczególnie po ostatnich wiadomościach. Mona taksowała dziewczynę swoim wzrokiem, starając się przeanalizować sytuację. Zabranie jej do Wermillio byłoby strzałem w stopę. Trzeba znaleźć kogoś innego.

Cassandra.
Mmmm. Dobrze. Chodź.
Zasugerowała Mona i złapała dziewczynę za ramię. Musiała się zastanowić, gdzie teraz będzie Cassandra Tate, ponieważ nie chciała targać tej biednej dziewczyny po całym obozie w takim stanie. Powolnym krokiem zaczęła iść w stronę komisariatu.

Dalej na: viewtopic.php?t=312&start=10

@Sage Crawfrod
Obrazek

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

1

Zmy

1

Cha

1

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

wszystko i nic
Boli głowa
167
Przejście z : viewtopic.php?p=3129#p3129

Max i Vi nareszcie dotarli tam, gdzie mieli, czyli do wcześniej przygotowanej fury, za której kierownicą siedział ktoś, kogo nikt w ostatnich dniach raczej się nie spodziewał — Lexie Trickett. Kobieta siedziała za kółkiem samochodu, a jej dłonie lekko drżały. Przy samochodzie stał też Jack Culver, trzymając jedną dłoń na jego dachu. Azjatka miała otwarte okno i dyskutowała z nim o czymś. Ewidentnie nie wydawała się gotowa na wyprawę. Culver prawdopodobnie starał się jej coś przegadać, jednak dziewczyna uparcie siedziała w samochodzie, oczekując na resztę swoich pasażerów — Maxa i Vi.

Okolice obozu wydawały się spokojne tamtego dnia — w innej części obozu ktoś inny szykował się do zupełnie innej wyprawy. Jeszcze gdzieś dalej znajdował się Nathan w towarzystwie nowego rekruta na farmie, Arthura. Życie w obozie kręciło się tak, jak zwykle. W oddali Sophie wyprowadzała zwierzęta na padok, a ktoś inny jeszcze kontrolował filtry wody, wynosił torby z wodą pod prysznice i roznosił jakieś rzeczy po okolicy — być może pranie lub coś innego.

Gdy Max i Vi podeszli bliżej, rozmowy ustały. Culver spojrzał na tę dwójkę i dodał:
Vi. Max.
Wtedy też Lexie również odwróciła się w ich stronę, jej wzrok wydawał się nieobecny, po chwili jednak dodała:
Jedźmy.
Ta dwójka wiedziała, że mieli jechać jedynie w trójkę, więc obecność dwójki ekstra zwiadowców była dość zagadkowa. W dodatku wszyscy byli podobnej rangi, więc dowództwo tej akcji było dość zagadkowe.

@Max Bennett @Violet Tate
Obrazek

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

2

Zmy

0

Cha

0

Zre

1

Int

0

Szc

1

Przy sobie

- Paczka papierosów i zapalniczka.
- Nóż myśliwski.
- Krótkofalówka.
- Pistolet i zapasowy magazynek.
- Siekiera.
Rozcięta brew
168
Prychnąłem rozbawiony w odpowiedzi na żart Violet. Kierując się w stronę samochodów, przekręciłem nieznacznie głowę, obserwując małe zamieszanie. Lexie za kierownicą? A to nie Jack miał jechać z nami? Dałem Vi lekkiego kuścia w żebra, kiwnąłem głową w stronę dwójki i posłałem jej pytające spojrzenie. Może ona coś wiedziała na ten temat, w końcu jest córeczką tatusia.

Zajrzałem do bagażnika, aby upewnić się, że wszystko mam. Tak, siekiera i prowiant były na miejscu. Dodatkowy kanister z benzyną, na wypadek gdyby naszym zgubom się skończyło, też był na miejscu. Podszdłem do okna od strony kierowcy, zatrzymując się obok Jacka.

- A ty w takim stanie to chyba nie do końca powinnaś prowadzić. - Skomentowałem jej drżące dłonie, po czym dodałem tonem niewnoszącym sprzeciwu. - Wyskakuj, ja to zrobię.

Przeniosłem wzrok na mężczyznę, oczekując wyjaśnień. Jednocześnie otworzyłem drzwi, aby kobieta szybciej opuściła samochód.

@Violet Tate @Mistrz Gry Maggie

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Violet Tate

@spirit6264 | 78 postów

Wyt

1

Sil

2

Zmy

0

Cha

0

Zre

0

Int

0

Szc

0

Przy sobie

Nóż M48 Cyclone, pistolet Glock 19 (45 pocisków w 3 magazynkach), krótkofalówka, plecak (20l), latarka, kompas, mapa stanu Kolorado, papierośnica z papierosami (12 sztuk) oraz zapalniczka /// M4a1 (i dwa dodatkowe magazynki), racje żywnościowe i woda, apteczka
Pełnia zdrowia
169
Skoro żadnej apteczki (cokolwiek by się pod nią nie kryło) nie zgarnęli, to Vi wyszła tempem marszowym ze zbrojowni i pognała do jajogłowych po zestaw na wypad. Nic nowego i nadzwyczajnego dla dziewczyn, które zjadły tam zęby. Uwinęła się szybko i zaraz dołączyła do reszty przy samochodach.
Niech ktoś ją poprawi, jeśli się myliła, ale na wycieczkę krajoznawczą połączoną z akcją ratowniczą mieli jechać we trójkę, czyli ona, Max i Jack... więc co tutaj robiła jeszcze Lexie? Zdziwienie miała wymalowane na twarzy, więc jedyne co jeszcze mogła zrobić po zostaniu szturchniętą, to rozłożyć lekko ręce w geście "i have no idea".
- Jack, Lexie - powiedziała na przywitanie, po czym przeniosła spojrzenie to na Culvera, to na Trickett. - Stary wspominał o wypadzie we trójkę - napoczęła temat i zwróciła szczególną uwagę na drgające dłonie kobiety. I tak na marginesie, choć to nie musiało wybrzmieć, słówka "stary" we własnym rozumowaniu użyła w kontekście "przełożony". W wojsku jak i w cywilu, często określało się tak przełożonego lub szefa szefów.
Tate zrobiła bardzo szybką powtórkę odnośnie tego, co wiedziała o Lexie... czyli niewiele ponad to co widać. Ale wśród tego nic nie wskazywało na, chociażby, alkoholizm, bo jej schlanej zwyczajnie nie widziała. Więc łapki musiały trzęść się albo z powodu dragów... co było wątpliwe. Musiałaby mieć potężny zapas bo i w obozie trochę siedzi, a i tego naocznie nie widziała ani żadna ploteczka na to nie wskazywała. Pozostają "powikłania" po akcji w izolatce, po której była, lekko mówiąc, roztrzęsiona.
- Wiesz, że skoro trio zwiadowców nie wróciło, to potencjalnie pakujemy się w jeszcze większy pierdolnik niż ten z izolatki? - spytała i zmierzyła kobietę wzrokiem, chcąc sprawdzić czy spanikuje, bo jak tak to zrobi out szybciej niż grajek zagra "do re mi fa so la si". To był wypad dla tych zdolnych do utrzymania zawartości żołądka w organizmie, na wypadek gdyby zastane widoczki lub pewne mające mieć miejsce działania należały do tych z kategorii "niesmacznych i niemiłych dla bliźniego swego". Max miał praktyczne doświadczenie, Jack z racji dawniej wykonywanego zawodu pewnie niejedno widział, a wsłuchiwanie się w gwałt i mord na najlepszej przyjaciółce oraz zajebanie człowieczka kamieniem jakoś Vi nie podłamało...
... z kolei Trickett miała ewidentnie dość po Neilu, który skończył ze strzałą we łbie. Więc jeśli chciała wcisnąć się na czwartą, to niech lepiej teraz wykaże się mocnymi argumentami lub/oraz ponadprzeciętną charyzmą.

@Mistrz Gry Maggie @Max Bennett

Main Street (Obóz)

Awatar użytkownika

Wyt

1

Sil

1

Zmy

1

Cha

1

Zre

1

Int

1

Szc

0

Przy sobie

wszystko i nic
Boli głowa
170
Lexie spojrzała na Maxa, a następnie na kierownicę. Zacisnęła lekko dłonie na niej, nie słuchając się jego polecenia. Nie był wcale wyższy rangą, a w dodatku młodszy od niej. Ponadto wiedziała, że pewnie w jakimś sensie mówił to z dobroci serca, a nie po to, by mieć nad nią jakąś władzę.
Słuchaj, Max, dostałam przydział, by z wami jechać. Jeśli macie z tym jakiś problem, to zwróćcie się do Haydena.
Jack zmarszczył czoło, widząc, że prawdopodobnie będzie trzeba wyciągnąć ją stąd siłą. Skąd jednak zmiana w zarządzaniu tą wyprawą? Culver zastanawiał się, jednak finalnie nie musiał nic robić, ponieważ Lexie opuściła pojazd i pozwoliła Maxowi zasiąść za kierownicą. Słowa Vi znaczyły dla niej dość wiele. Wcześniej nie bała się podróżować po okolicy i pakować w kłopoty różnego rodzaju, a teraz? Teraz wszystko się odmieniło. Azjatka odpięła swój pas z bronią krótką i wcisnęła w dłonie Culvera.
N-Nie ma problemu. I tak miałem zamiar cię zastąpić. Idź, odpocznij…
Powiedział dość przyjacielskim głosem, starając się zachować jakieś strzępki dobrego humoru. Naprawdę chciał dobrze, a nagłe wyjście Lexie zdecydowanie nieco dodało do ogólnego, kiepskiego klimatu tej wyprawy. Culver zajął miejsce z tyłu, puszczając Vi na to z przodu. Chciał też sprawdzić, czy na tyłach rzeczywiście wszystko mają. Gdy cała trójka była w aucie, dodał:
Nie wiem dlaczego… Nie wiem, powie mi ktoś, dlaczego McGee zmienia przydziały nad ranem? Bo wydaje mi się to pokręcone. Poza tym nie przydzielił nam dowodzącego, więc chyba dla dobra was, dzieciaki, będę dziś dowodził.
Zdecydował. Miał pewne obawy, że Lexie miała nieco więcej informacji o ich misji — on wiedział tylko i wyłącznie to, dokąd mieli udać się zwiadowcy.
Hyde zgrywa nowego Sanda, a Aleks stracił głowę.
Powiedział.

@Max Bennett @Violet Tate
Dalej na: viewtopic.php?t=371
Obrazek

Wróć do „Obóz (Centrum)”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zaloguj się