Pełnia zdrowia
Multitool, taśma klejąca i głęboka niechęć do ludzi.
Farkas w milczeniu i w pełnym skupieniu śledził wzrokiem oddalającą się sylwetkę obcego. Nie poruszył się ani o milimetr, dopóki tamten całkowicie nie rozmył się w drżącym od upału powietrzu. Dopiero wtedy pozwolił sobie na pierwszy, głębszy wdech.
Lisa podeszła do niego, stawiając kroki z nienaturalną ostrożnością. Trzęsła się jak osika na wietrze. Kiedy bez słowa wcisnęła mu w ręce zdobyte przed chwilą zawiniątko w aluminiowej folii i dużą butelkę, Węgier spojrzał najpierw na zapasy, a potem na jej bladą, przerażoną twarz. W swoim własnym, chłodnym systemie wartości potrafił docenić ten gest. Oddała mu łup w pierwszej kolejności, co dowodziło, że w mig pojęła zasady panujące w tym łańcuchu pokarmowym. László wiedział jednak doskonale, że nie kieruje nią lojalność, a czysty, paraliżujący strach.
Wyciągnął dłonie i bez słowa wepchnął folię oraz dużą butelkę z powrotem w jej ramiona. Nie zamierzał obrabowywać zdesperowanej, porzuconej dziewczyny. Zamiast tego sięgnął na ziemię po mniejszą butelkę – tę samą, do której wcześniej dodała chemiczny roztwór.
Podniósł plastik pod światło, oceniając wodę. Reakcja chemiczna musiała już dobiec końca, a on nie miał zamiaru czekać ani sekundy dłużej. Odkręcił korek i wziął pierwszy, ostrożny łyk, po którym natychmiast pociągnął mocniej.
Kiedy ostatecznie upewnił się, że handlarz nie zawrócił zza rogu, a okolica pozostaje pusta, kciuk Węgra przesunął się na skrzydełko bezpiecznika Beretty. Ciche, mechaniczne kliknięcie zabrzmiało w powietrzu. Farkas ukrył i zabezpieczył pistolet. Ocenił sytuację racjonalnie: ta dziewczyna nie stanowiła dla niego żadnego zagrożenia. Była tak zagubiona i w takim szoku, że prawdopodobnie zraniłaby samą siebie, próbując w ogóle podnieść na niego rękę. Brakowało jej choćby grama instynktu samozachowawczego.
A potem usłyszał tę naiwną, niemal dziecięcą propozycję. Ty i ja, razem.
Węgier powoli otarł usta wierzchem brudnego przedramienia. Zamrugał ciężko, trawiąc jej słowa, po czym z jego klatki piersiowej wyrwało się krótkie, chrapliwe prychnięcie. Było w nim mnóstwo cynizmu, resztki gorzkiego rozbawienia i tona absolutnego, fizycznego wycieńczenia.
Maska ostatecznie opadła. László wbił w nią chłodne, zmęczone spojrzenie.
– Nie mam nastroju na randki – rzucił wprost, a jego twardy głos, choć wciąż naznaczony silnym, wschodnim akcentem, był teraz w pełni zrozumiały. Przekrzywił nieznacznie głowę, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów.
– A tym bardziej nie mam najmniejszej ochoty na tworzenie jakichkolwiek grup.
@Mistrz Gry Maggie