Pełnia zdrowia
wszystko i nic
- Dobra, dobra. Litość przyjęta. Chowam się z powrotem do pudełka z nieprzyzwoitymi komentarzami.
Powiedziała to lekko, ale nie ciągnęła tematu dalej. Może trochę przesadzała. Może ostatnio coraz częściej próbowała usuwać ciszę czymkolwiek, byle tylko nie zostawić im miejsca na myślenie o tym, ile rzeczy mogło pójść źle. Im mniej ich było, tym trudniej znajdowało się kogoś do pożartowania, kogoś, kto złapie głupi tekst i odbije go jeszcze głupszym. Żarty były jednym z niewielu narzędzi, które nie wymagały prądu, amunicji ani czystych bandaży, a nadal potrafiły na chwilę rozładowywać napięcie. Ale dzisiaj Maya wyraźnie nie była w nastroju. Lynx poczuła to ukłucie zawodu, choć nie pokazała go od razu. Schowała je pod spokojniejszą miną i wróciła spojrzeniem do miasta. Miała swoje słabe żarty, Maya miała swoje napięcie w ramionach i wzrok ciągle uciekający w stronę ulic. Każda z nich trzymała się jakoś na nogach. Tylko czasami te sposoby ocierały się o siebie jak źle dopasowane części, bez żadnej wazeliny.
Na propozycję biblioteki skinęła powoli głową.
- Biblioteka może być lepsza niż sklep. - przyznała po chwili - Mniej oczywista dla kogoś, kto szuka jedzenia albo leków. A jeśli budynek jeszcze stoi w jednym kawałku, to pewnie ma kilka wyjść, zaplecze, może piwnicę. No i zawsze można udawać, że w razie końca świata po prostu nadrabiamy zaległości z literatury.
Tym razem żart był słabszy, bardziej cichy. Nie próbował już przebić się przez niehumor Mayi na siłę. Potem słuchała jej bez przerywania. Nie spodobało jej się to od razu, bo pierwszym odruchem było zaprotestować. Powiedzieć, że radio jest bezpieczniejsze. Że dystans daje im przewagę. Że nie mogą ryzykować ludzi. Ale gdy Maya tłumaczyła, Lynx poczuła, jak własny plan zaczyna jej się przesuwać w głowie, kawałek po kawałku.
Maya miała rację. Nie całą. Ale w tym jednym miała. Jeśli odezwą się przez radio zbyt wcześnie, nawet ostrożnie, nawet bez lokalizacji, to dadzą o sobie znać. A grupa, która do tej pory mogła nie mieć pojęcia o ich istnieniu, zacznie się zastanawiać, kto nadaje, skąd nadaje i dlaczego pyta. Zwiad przed kontaktem miał sens. Właśnie dlatego takie rzeczy powinno się omawiać, zanim ktoś wpadnie na genialny pomysł i zacznie go realizować tylko dlatego, że ładnie wyglądał na papierze... albo w jego głowie. Lynx wypuściła powoli powietrze nosem.
- Dobra. Masz rację z radiem. - powiedziała w końcu, niechętnie, ale szczerze - Najpierw obserwacja. Z daleka. Bez podchodzenia pod bramę, bez bawienia się w bohaterów. Radio dopiero wtedy, kiedy będziemy wiedzieli, czy w ogóle warto ich wołać.
Nie patrzyła na Mayę od razu. Przez moment wolała skupić wzrok na dachach, na pustych ulicach, na cieniach wydłużających się między budynkami. Łatwiej było przyznać komuś rację, gdy nie trzeba było patrzeć mu prosto w oczy. Zwłaszcza jeśli tym kimś była Maya, która czasami jednym spojrzeniem potrafiła sprawić, że Lynx czuła się jak uczennica złapana na robieniu czegoś głupiego. Dopiero przy ostatnich słowach Mayi jej szczęka napięła się odrobinę. Co chwila wychodzili po towary. To prawda. I właśnie to było najgorsze.
- Wiem, że wychodzimy. - odpowiedziała ciszej - I coraz mniej mi się to podoba.
Nie było w tym zaczepki. Nie było żartu. Nawet słabego. To jedno zdanie wyszło z niej bardziej płasko, niż chciała, ale nie potrafiła ubrać go w coś lżejszego. Bo nie chodziło tylko o Zoo. Nie chodziło tylko o ten jeden zwiad. Chodziło o każdą wyprawę, o każde "wrócimy za kilka godzin", o każde zamknięcie drzwi za kimś, kto potem mógł już nigdy ich nie otworzyć od drugiej strony. Za dużo osób nie wróciło. Kiedyś było ich więcej. Wtedy można było udawać, że strata jednej pary boli, ale nie wywraca wszystkiego do góry nogami. Że ktoś przejmie wartę gdy jedno jest przemęczone, ktoś inny zajmie się kuchnią, ktoś pomoże Rowanowi, ktoś pójdzie z Asherem. Teraz zostało ich pięcioro. Pięć osób i budynek, który wciąż wymagał więcej rąk, niż mieli. Pięć osób, z których każda była potrzebna w kilku miejscach naraz. Nawet ona sama nie była w stanie realizować wszystkiego i naprawić każdej usterki szybko, bo chociaż nie przyznawała tego, nie radziła już sobie ze wszystkim - nie mogła wydłużyć doby, ani wyczarować dodatkowej pary rąk sobie.
Nawet nieobecność Ashera ciążyła jej gdzieś pod żebrami, choć przecież wiedziała, że wracał. Zwykle wracał. Był uparty, głośny i trudny do zabicia jak karaluch, jak pewnie powiedziałby Rowan. Ale "zwykle" nie było gwarancją. Nie w tym świecie.
- Kiedy było nas więcej, wysłanie jednej albo dwóch par miało sens, Maya. - dodała po chwili. - Teraz każde wyjście jest jak wyciąganie cegły ze ściany i modlenie się, żeby reszta jeszcze chwilę postała. Jasne, czasem musimy. Jedzenie samo nie przyjdzie. Części same nie spadną z nieba. Leki nie wyrosną w doniczkach obok pomidorów. Ale to, że robimy coś często, nie znaczy, że to przestało być ryzykowne.
Spojrzała w stronę zejścia z dachu, jakby gdzieś tam, kilka pięter niżej, mogła wyczuć obecność Sophie. Jej młodsza siostra kręciła się po budynku, pewnie w kuchni albo gdzieś w pobliżu, zajęta czymś swoim. I chociaż Sophie była częścią tej grupy tak samo jak reszta, Lynx nie potrafiła myśleć o niej tak samo. Nie do końca. To nie była sprawiedliwość, ale siostrzana miłość rzadko bywała sprawiedliwa.
- Jest jeszcze Sophie. - powiedziała w końcu. - I zanim powiesz, że wiem, ona też jest dorosła, ona też ma prawo pomagać, ona też bla, bla, bla... wiem. Naprawdę wiem. Ale jest moją młodszą siostrą. Jeśli kiedykolwiek wyjdzie poza posterunek, to albo ze mną, albo po moim trupie. Najlepiej to pierwsze, bo drugie byłoby bardzo dramatyczne i pewnie musiałabyś znosić moje marudzenie pod postacią ducha. A wierz mi, martwa byłabym jeszcze bardziej nieznośna.
Tym razem uśmiechnęła się słabo, ale szybko spoważniała.
- Ufam ci, Maya. Chyba najbardziej z całej naszej małej, patologicznej rodziny. Ufam, że nie zrobisz głupoty tylko po to, żeby udowodnić, że się da. Ufam, że jak powiesz "odwrót", to będzie odwrót, a nie dyskusja o honorze na środku ulicy. Ale nawet z tym zaufaniem... nie umiem spokojnie myśleć o wysłaniu dwójki ludzi tylko po to, żeby sprawdzić, czy obcy w Zoo są warci rozmowy.
Oparła dłonie o krawędź stołu i pochyliła się lekko nad blatem, zbierając myśli. Nie chciała brzmieć tak, jakby wszystko blokowała. Nie chciała być tą, która mówi tylko "nie". To było łatwe i bezużyteczne. Potrzebowali planu, nie samego strachu.
- Więc tak. Jeśli zwiad, to dopiero po powrocie Ashera. Nie wcześniej. I nie idzie nikt, dopóki nie ustalimy trasy, punktów odwrotu, godziny powrotu i tego, co robimy, jeśli ktoś się spóźni. Żadnego "jakoś to będzie". To nie spacer. To operacja, choćbyśmy mieli nazwać ją "wycieczką edukacyjną do Zoo", żeby brzmiała mniej beznadziejnie.
Przesunęła palcem po blacie, jakby znów układała mapę.
- I nie chcę, żebyś szła tylko dlatego, że czujesz, że musisz. Bo ty często czujesz, że musisz. Pilnować. Sprawdzać. Stać na dachu jak latarnia i wypatrywać, czy ktoś wraca. Rozumiem to bardziej, niż pewnie myślisz.
Spojrzała wreszcie na Mayę. Już bez żartu, bez uciekania w głupie teksty.
- Też się boję, kiedy ktoś wychodzi. Tylko ja wtedy zaczynam coś naprawiać, żeby nie było tego po mnie widać.
Przez chwilę milczała, zanim odsunęła się od stołu i spróbowała złapać lżejszy ton. Chyba na ten wieczór każde z nich miało dość zamartwiania się, chociaż znając Mayę, ta jeszcze nie skończy na dzisiaj. Czasami ją podziwiała, czasami szanowała kiedy włączał jej się tryb przywódcy, nie raz wspierała i tak jak teraz, wiele razy omawiały jakiś plan wspólnie. Lynx musiała się nauczyć tej współpracy i wciąż nierzadko nie jest to dla niej proste. Dawniej prowadziła niemałą firmę i chociaż nie chciała taka być, to też musiała wchodzić w buty bitch-CEO, a to zmienia ludzi.
- Chyba pójdę zapuścić jakąś nutę w eter. Dzisiaj tylko jeden kawałek, muszę zostawić akumulatory dla Rowana, bo nie będziemy mieli z rana dużo czas, aby je naładować do pełna. Mamy jeszcze jakieś piwo... albo dwa?
Zadając ostatnie pytanie spojrzała w oczy Mayi w sposób, który już znała. Lynx proponowała jej wspólne piwo w rozgłośni.
- Obiecuję, żadnych słabych i sprośnych żartów... a przynajmniej nie w twoim kierunku.
@Maya Fisher



